„Okrągły Dom” Erdrich właśnie dostarczono mi do domu, dziękuję
@artragepl i przeczuwam, bogatsza o doświadczenie lektury „Rzeki Czerwonej”, że kolejna wprowadzka tej Pani, to ponownie podkręcone rejestry emocji i brak taryfy ulgowej, zarówno dla czytelnika, jak i w ocenie rzeczywistości.
Tym, którzy pamiętają rtęciową narrację „Rzeki Czerwonej”, jej meandrowanie między głosami, nastrojami i gatunkami, to pochłaniające zanurzenie w życiu społeczności Północnej Dakoty, „Okrągły Dom” ma szansę przynieść jeszcze więcej satysfakcji.
Opisywana jako bildungsroman w brutalnym wydaniu, powieść bierze losy trzynastoletniego Joego, który w ciągu jednego lata przestaje być chłopcem. Rodzinny dramat i ślepota systemu prawnego, wpychają go w dorosłość bez znieczulenia. Erdrich zamienia w tej książce to, co najbardziej bolesne w historii rdzennej Ameryki; bezkarność, jurysdykcyjne pułapki rezerwatu, dziedziczone milczenie, w wielogłosową narrację, która zaciera granice między literaturą a życiem. Gawędziarski styl i niejednorodna tonalność, przyszpiliły mnie do bohaterów w Rzece Czerwonej. Tam także dorastanie nie było sentymentalne. Tu będzie wejściem w ogień.
A pod podszewką tej narracji, wysnuwa się ze splotu życia mitologia Odżibejów, duchowość wpleciona w codzienność i język, którego oswajanie przypominać musiało dialog z grzechotnikiem.
Przeczytałam wstęp od tłumaczki, Agnieszki Walulik
@agu_walulik i poczułam przedsmak tej przeprawy przez terminologię języków tubylczych, które angielszczyzna ze zmiennym skutkiem mieści, a dla których polszczyzna nie ma i mieć nie może gotowych odpowiedników.
Erdrich strzela, Walulik kule nosi, wchodzimy na własną odpowiedzialność, ale jaka byłaby satysfakcja z lektury, gdyby człowiek niedraśnięty uszedł.
Kto jeszcze się wybiera w tę wyprawę bez kamizelki?